Nie wywołuj zimy znad Zatoki Hudsona…, varia zimowe


W zeszłym tygodniu pisałem o naszej nietypowej, ciepłej zimie i proszę bardzo… Zaraz po tym nad Toronto przyszła masa przeraźliwie zimnego powietrza, pewnie z północy Ontario albo Dalekiej Północy. Zawiało, zasypało, zamroziło i do soboty włącznie trzymało miasto zamarznięte. W końcu poczułem, że mamy styczeń. Kałuża przy porannym spacerniaku pana psa zamieniła się w małą lodową łatę, po której można się poślizgać. Niestety w tym roku na prawdziwe lodowisko się raczej nie wybierzemy, bo Mała jest za mała, ale już za rok to i owszem. Trochę się stęskniłem. Jeśli ktoś się przypadkiem wybiera niebawem do Ottawy do zdecydowanie polecam tamtejszą ślizgawkę, o której kiedyś pisała M. Nam się bardzo na kanale Rideau podobało i pewnie wybierzemy się tam jeszcze nie jeden raz na ślizganie i pyszne “bobrowe ogony”, które są jedną z kanadyjskich słodkich specjalności.

M. już pisała, że mieliśmy egzamin na kanadyjskie obywatelstwo. Czekamy z niecierpliwością na termin przysięgi, po której pobiegniemy wyrobić paszporty. A potem pojedziemy odwiedzić A&R pod Syracuse, o czym jeszcze nie wiedzą :) W tym roku nie wybieramy się za atlantycką sadzawkę, więc mamy nadzieję na kilka krótkich wakacyjnych wypadów z Małą w przyrodę i tym podobne sprawy. Ciekawe ile by zajęła podróż samochodem do Atsaników…. hm, muszę to sprawdzić.

***
Pisałem kiedyś o tym jakie imiona dla dzieci są w Kanadzie popularne. W tym tygodniu znalazłem w mojej e-skrzynce pocztowej nowy list z Baby Center Canada. To taka całkiem dobra strona dla przyszłych i obecnych rodziców. Jej międzynarodowe mutacje są dostępne w wielu krajach anglojęzycznych. Baby Center posłało mi linka do listy stu najpopularniejszych imion dla dzieci w Kanadzie w 2011 roku. Poniżej wstawiam listę dla tych, których interesują imienne trendy. Sam temat jest dosyć ciekawy. Na przykład interesujące jest to, że choć w krajach Anglosfery trendy są podobne, to jednak występują wśród nich spore różnice. Zajrzałem kiedyś na listę imion jakie się teraz nadaje dzieciom w Polsce i zauważyłem, że częśc się pokrywa. Ciekawe skąd się biorą mody i niemody na imiona i dlaczego niektóre imiona, jak Maya/Maja, które do tej pory nie były specjalnie popularne nagle stają się nadużywane. Dosyć jednak tej dygresji, oto kanadyjska lista. Wstawiam pierwszych dwadzieścia, reszta na stronie, żeby nie zachwaszczać:

Dziewczynki:

Emma
Sophia
Olivia
Emily
Hailey
Ella
Lily
Zoe
Ava
Kaitlyn
Chloe
Abigail
Madison
Brooklyn
Sophie
Isabella
Sarah
Isabelle
Hannah
Charlotte

Chłopcy:
Liam
Ethan
Jackson
Jacob
Noah
Lucas
Nathan
Aiden
Mason
Logan
Jack
James
Nicholas
Benjamin
Jayden
Evan
William
Kayden
Zachary
Thomas


Matilda nie jest w pierwszej setce, co daje mi nadzieję, że imie nie stanie się nagle tak popularne jak Emma albo Sophie. Póki co bardzo mi się podoba to, że imię naszej córki wywołuje dużo pozytywnych reakcji. Najczęściej rozmówcom się podoba, że to stare, klasyczne imię a nie jedno z tych imion przyrodniczo-botanicznych.
***
Wczoraj miałem dzień walki z transportem miejskim. Zepsuło się metro, przez co musiałem jechać do domu tramwajem, co trwa całe wieki. Ponieważ nie byłem jedynym pasażerem, który wpadł na taki pomysł, tramwaj wyglądał jak konserwa rybna. Droga od wyjścia z domu do wejścia do pracy, która zwykle zabiera mi około 30 minut, zajeła mi dwie godziny. Plusem całej sprawy było to, że tramwaj mija rejony naszego dawnego domu w Riverdale i East China Town. Jest tam taka jedna kantońska restauracja, Ka Ka Lucky Seafood BBQ Restaurant, w której serwują pyszną wieprzowinę na różne grillowane i pieczone sposoby. Od dosyć dawna miałem się tam zamiar wybrać, więc skorzystałem z okazji i kupiłem nam take-out na kolację. Jedzenie mają pyszne a ceny bardzo przystępne, więc jeśli będziecie w okolicy to zdecydowanie polecam. To autentyczna kantońska knajpa, więc klientela jest w większości azjatycka, obsługa o wiele lepiej operuje kantońskim niż angielskim, a ceny są bardzo przystępne. Kupiłem dwa rodzaje wieprzowiny i ryż zapiekany z jajkiem i warzywami. Zjedliśmy dosyć sporoa na kolację, dzisiaj mamy jeszcze oboje na duży lunch, a całość kosztowała $18.
***


Od miesiąca słucham nowej płyty Toma Waitsa, Bad As Me, która dostałem pod choinkę od M. Płyta jest zaraźliwie doskonała.Jeśli ktoś lubi Toma to bardzo bardzo polecam, bo to jedna z jego lepszych i mocniejszych płyt. Oto kilka kawałków:

Face to The Highway, bardzo mi się podoba:


Tytułowa Bad As Me, świetna…




Get Lost…


Chicago…



I to ma być torontońska zima?


Za oknami od prawie dwóch tygodni mamy wiosnę. Czasem pochmurno i wieje wiatr, ale często świeci słońce a temperatura jak na Toronto niezwykle wysoka, coś kolo 2-6 stopni nad zerem. Jak tak dalej pójdzie pobudzą się wszystkie pączki na drzewach i potem kiedy w lutym przyjdą siarczyste mrozy będzie problem. O ile mrozy przyjdą rzecz jasna…

Nie pisałem jeszcze o samym początku naszej przygody z Małą, ale potrzebuję czasu na to, żeby zebrać myśli, bo to był dziwny okres, pełen różnego rodzaju emocji. Póki co wczoraj mała dostała pierwszą serię szczepień, następna za jakiś czas. Właśnie czytałem w Maclean’s, że w Kanadzie i innych krajach Zachodu rośnie coraz większa grupa dzieci, których rodzice postanowili nie szczepić z różnych względów. Niestety taki stan stwarza zagrożenie dla wszystkich w przyszłości, bo szczepionki aby były skuteczne muszą być zastosowane na krytycznej masie społeczeństwa. Kilka lat temu w Quebecu właśnie przez brak szczepień pojawiła się na nowo świnka, która teoretycznie została w Ameryce Północnej wyeliminowana jakiś czas temu. Co ciekawe o ile kiedyś nie szczepili swoich dzieci najczęściej ludzie z mniej zamożnych i wyedukowanych warstw społecznych, to teraz najwięcej niezaszczepionych to dzieci białych rodziców z wyższej klasy średniej. Obawiam się, że tacy nawiedzeni rodzice mają więcej “ciekawych” pomysłów, bo przecież wszystko i tak wiedzą najlepiej. Wydaje mi się, że szczepienia powinny być jednak obowiązkowe a ci, którzy dzieci nie szczepią powinni na przykład nie dostawać żadnych ulg podatkowych, co może by ich skłoniło do zmiany zdania.

W zeszły weekend wpadli do nas na kolację nasi hinduscy znajomi. Miałem mały dylemat – czym podjąć kogoś, kto nie je ryb, mięso jada tylko w bardzo małych ilościach a do tego lubi wyraziste smaki. Na początku chciałem ugotować moje ulubione Murgh Curry (curry z kurczaka z jogurtem), ale serwowanie Hindusom hinduskiego jedzenia jest trudne, bo musielibyśmy mieć jeszcze kilka rodzajów zakąsek, poza tym zakładaliśmy, że chętnie zjedzą coś odmiennego od ich własnej tradycji. Problem w tym, że my jemy głównie dania azjatyckie i podbne, a kuchnia europejska opiera się w większości na dużych kawałkach mięsa, które dla nich są nie do przejścia. Stanęło na lasagne z ricotą, bazylią, winem, pomidorami i wołowiną. Wiem wiem, wołowina… Dla nich jednak to nie był problem, o czym upewniliśmy się jeszcze przed całą sprawą. Lasgne z surowego makaronu wychodzi bardzo dobrze i szybko się toto gotuje, więc pomysł okazał się udany. Na zakąske kupiłem na próbe nadziewane tureckie bakłażany, okazały się bardzo smaczne, polecam. W Toronto da się kupić w większości supermarketów spożywczych, więc może gdzie indziej też są. Jak ktoś ma obok siebie sklep arabski albo pokrewny, to bardzo również polecam turecki przecier pomidorowy, tureckie, libańskie albo syryjskie oliwki, turecki bulgur. Pyszne są również sery, zwłaszcza akawi. Od jakiegoś czasu często kupujemy też bułgarski owczy kashkaval i pyszną bułgarską fetę. W Toronto do dostania w wielu miejscach, nie wiem jak gdzie indziej. Na śniadanie dobry chleb, feta polana oliwą, do tego dobre oliwki i pomidory…

Udało nam się ostatnio obejrzeć kilka filmów i bardzo wszystkie polecam, choć w większości to starocie, więc pewnie znacie. Chciałem zobaczyć jak wyglądają ładne wizualnie filmy w dużej rozdzielczości i zainspirowała mnie ta lista. Sporo z nich widziałem wcześniej, ale wielu nie, więc pogrzebałem w zasobach naszej biblioteki i pożyczyłem kilka z nich.



Film jest po prostu piękny, nie mam innego słowa na kolory i scenografię. To taki azjatycki dramat szekspirowski. Wbrew temu co pokazuje trailer, w filmie jest bardzo mało walki, za to mnóstwo scen pałacowych. Naprawdę fenomenalne.

12 Monkeys, Terry Gilliam serwuje nam dystopiczny sci-fi z doskonałą obsadą. Brad Pitt i Bruce Willis… Świetne, nie wiem jak udało mi się tego wcześniej nie widzieć…


The Fifth Element. Bardzo ładnie zrobiony film i świetny klimat z kilkoma doskonałymi scenami. Całość fabuły trochę wtórna (James Bond, Star Wars i Indiana Jones w jednym), ale wrażenia wizualne doskonałe. No i ta scena w operze…


Jeszcze widzieliśmy to i owo, ale może innym razem zachęcę:) Teraz się cieszę na to… Cały film jest niemy i czarnobiały. Bardzo mnie rozbawiły kąśliwe komentarze w prasie, że w końcu pojawił się w kinach francuski film, którego Amerykanie nie będa musieli robić na nowo, żeby uniknąć czytania napisów:)



Dyżur ojcowski


Dzisiaj mamy kolejny przełomowy dzień, a raczej wieczór. Po raz pierwszy zostałem z Małą sam na sam w domu na dłużej. Najpierw całą trójką pojechaliśmy do naszej ulubionej malezyjsko-tajskiej knajpki na kolację, po raz pierwszy z małą, później podwiozłem M. na spotkanie jej klubu fotograficznego i zaczął nam się czas ojcowski. Chciałem wziąć małą gdzieś, gdzie jeszcze nie była, na przykład do jednego z ulubionych sklepów jej ojca, na przykład Lee Valley Tools, Home Depot, Lowe’s albo Rona, ale po krótkim namyśle doszedłem do wniosku, że taką wycieczkę sobie zrobimy jeszcze nie jeden raz, a tym razem możemy sobie po prostu pobyć w domu razem z Panem Psem. Zresztą i tak nie miałem przy sobie całego arsenału pieluch, wózka ani innych sprzętów. Chodzenie z fotelem samochodowym jakoś mi się nie uśmiechało i tak dalej. A tak naprawdę to nie byłem pewien o której się obudzi i zacznie włączać tryb głodnego nazgula… Wtedy to nie ma żartów, jak nie ma w pobliżu M. to jest problem:) Dziś mamy jednak dzień na eksperymenty i postanowiliśmy spróbować jak sobie Mała będzie radzić z mlekiem odpompowanym do butelki (normalnie karmiona jest tylko piersią). M. z poświęceniem przygotowywała od kilku dni zapas, ja przeczytałem stosowne uwagi na temat karmienia z butelki w książce, nic tylko próbować. Okazało się, że po powrocie do domu Mała postanowiła spać i obudziła się dopiero po niecałych dwóch godzinach. Miałem przygotowaną specjalną butelkę ze smoczkiem Medeli imitującym sutek, Mała na chwilę wyłączyła nazgula i postanowiła spróbować pić. Wszystko szło pięknie i gładko, więc czułem, że coś to za proste. No i rzeczywiście, kiedy wypiła coś z 1/3 zawartości udało się jej zachłysnąć, smoczkiem którym się teoretycznie zachłysnąć nie powinno. Nic się nie stało i zaraz mogła by pić dalej, ale niestety zachłyśnięcie zirytowało ją niezmiernie i aż cała poczerwieniała ze złości na twarzy. Na domiar złego mleko przestało lecieć jej ze smoczka, bo zamiast ssać się denerwowała. Oczywiście zaraz pojawił się zaciekawiony wielce Pan Pies, rzucił mi kość pod nogi i zaczął się szykować do pocieszającego polizania Małej po twarzy. Udało mi się go spacyfikować i mała zaczęła nawet na nowo ssać, ale mieliśmy powtórkę z rozrywki:) Potem już na tyle się zirytowała, że musiałem zastosować wariant drugi – inna butelka, tym razem Philipsa, również imitująca sutek, ale inny. Przelałem mleko, bo oczywiście każdy smoczek pasuje często tylko do butelek danej firmy… Mała na szczęście chyba dalej była dosyć głodna, bo się przyssała całkiem i z błogim uśmiechem na twarzy wyssała prawie wszystko. Potem sobie miło westchnęła i po kilku sekundach włączyła syreny. Ci z Was którzy nie mają dzieci pewnie wiedzą, że po karmieniu się dzieci “odbija”, żeby powietrze, które z mlekiem zassały do żołądka mogło się wydostać z powrotem. Można co prawda dziecka nie odbijać, ale wtedy lepiej sobie przygotować ścierki, bo jest duża szansa, że spora część zawartości wyląduje w okolicy maleństwa. Odbijanie Małej to jak gra w rosyjską ruletkę – nigdy nie wiadomo co z tego będzie i jest duża szansa, że pomimo szmatki ochronnej na koszulce człowiek po całym zabiegu będzie się nadawał do prania:)

Udało nam się, chwilę poleżała wpatrując się w swoje ulubione rybki z kołyski, po czym włączyła kolejną syrenę. Może głodna? Nie. Może nieodbita? Nie, nie o to chodzi. Pielucha przebrana przed karmieniem, więc też odpada, zimno jej nie jest, gorąco też nie… Okazało się, że po prostu Maleństwu się nudziło w kołysce i chciała się porozglądać po okolicy. Poszliśmy więc z wizytą do Pana Psa, obejrzeliśmy ogromną sowę w kalendarzu w kuchni, który podarowała nam Essi, podziwiliśmy bukiet miniaturowych róż w wazonie, porozmawialiśmy o tym i owym i było dobrze, można wracać do rybek.

Rybki działały świetnie, tyle, że zaczęła się Małej czkawka, jak prawie zawsze kiedy po karmieniu jest w pokoju na dole, choć na górze też się jej zdarza. Teraz patrzy więc na rybki, walczy z czkawką i poziewuje. Czekamy na powrót M. i cieszymy się, że tak dobrze nam poszło:)

***
Z innej beczki, skoro mam czas i dyżuruję to napiszę o kilku innych sprawach.

M. pisała już trochę o opiece medycznej. Może dopiszę swoje co nieco. Do tej pory nasz kontakt z lekarzami był rzadki i właściwie ograniczał się do “przeglądów” co jakiś czas, oraz wizyt u dentysty i okulisty. Przez całą ciążę, poród i po mieliśmy więc po raz pierwszy okazję zobaczyć jak sławiona przez jednych a krytykowana przez drugich kanadyjska służba zdrowia wygląda. Od razu zastrzegam, że za służbę zdrowia i edukację odpowiedzialne są prowincje i rząd federalny nie ma w tej kwestii wiele do powiedzenia. W związku z takim podziałem obowiązków każda prowincja ma inny system usług medycznych i edukacji, choć oczywiście są pewne wspólne wytyczne dla całego kraju. W Ontario służba zdrowia to ulubiony temat polityków i mediów. Przez to, że nasza prowincja ma najwięcej mieszkańców i że wiele specjalistycznych klinik jest w Toronto utrzymanie całego systemu jest bardzo drogie. Płacimy za owe dobrodziejstwa dosyć słono z nasych podatków, w zamian za co każdy stały mieszkaniec prowincji ma prawo do “bezpłatnych” usług medycznych. Oczywiście usługi nie są bezpłatne, bo składamy się na nie z podatków, poza tym wiele spraw nie jest pokryta. Leki na receptę, dentyści, okuliści, fizjoterapia, prywatne i półprywatne pokoje w szpitalach to luksusy za które trzeba albo samemu zapłacić, albo płaci dodatkowe ubezpieczenie, które dostaje się w ramach “benefitów” w pracy albo wykupuje się samemu. Nam się udało, bo zarówno pracodawca M. jak i mój oferują pracownikom doskonałe benefity, przez co nie musimy dopłacać za lekarstwa i dodatkowe sprawy z własnej kieszeni, ale nie wszyscy mieszkańcy mają takie ubezpieczenia a lekarstwa na receptę potrafią być bardzo drogie. Bezpłatna pozostaje dla wszystkich stałych mieszkańców opieka w szpitalu i podstawowa opieka medyczna. Nie trzeba więc samemu płacić za operację czy zabiegi ani za wizyty w szpitalu albo u lekarza. Poziom opieki jest bardzo dobry, przynajmniej do tej pory nie trafiliśmy na coś na co można by było narzekać. Szpitale są czyste i bardzo nowoczesne, obsługa bardzo miła. Na początku byliśmy nieco zszokowani, bo nasze doświadczenia z polską służbą zdrowia wiadomo jakie były, choć może przez ostatnich 12 lat coś się tam zmieniło, nie mam pojęcia. W każdym razie tutaj lekarze mają takie podejście, że pacjent się nie czuje jak intruz albo petent, co bardzo mi się podoba. Ale więcej na ten temat w innym wpisie. Teraz kończę, bo M. wróciła. Póki co Mała ją ignoruje, ale pewnie za chwilę znowu zgłodnieje:)



… i po Świętach


Pierwsze święta w powiększonym składzie za nami. W końcu mieliśmy odrobinę oddechu, bo M. ma rok urlopu macierzyńskiego a ja miałem prawie dwa tygodnie wolnego. Jak co roku, uniwersytet z przyległościami zamykają w czasie świąt na cztery spusty. Mieliśmy więc trochę czasu na rodzinną integrację z naszą córką i spokojny, w granicach możliwości kiedy ma się bobasa w domu, czas.

Za nami nie tylko pierwsze święta, ale i wiele “pierwszych momentów” i odkryć. Mała skończyła dzień przed w Sylwestra dwa miesiące i przez ten czas bardzo się zmieniła. Z płaczącej, nieświadomej niczego istoty zamienia się coraz bardziej w uśmiechniętą, ciekawą świata i zainteresowaną wszystkim małą dziewczynkę. Rośnie jak na drożdżach i od dłuższego czasu całkiem nieźle trzyma sama głowę, kręcąc nią we wszystkie strony i uśmiechając się rozbrajająco. Oczywiście są też momenty kiedy zamienia się w nazgula. Nie przesadzan, jej krzyk pomieszany z płaczem potrafi być tak rozdzierający jak krzyki nazguli we Władcy Pierścieni i dosyć długo mi trwało zanim się do tego przyzwyczaiłem. Najbardziej krzyczy i płacze właściwie z dwóch powodów – kiedy się ją przebiera i kiedy ma kolkę. Tak tak, przez to, że mała ma nogę w gipsie z powodów ortopedycznych, nie może podnosić jednego kolana, więc dopadły ją kolki. Na początku nazgulowała z tego powodu tak, że myśleliśmy oboje, że osiwiejemy. W końcu odkryliśmy sławny kanadyjski specyfik na ową przypadłość, czyli gripe water. Jest to wyciąg z nasion, łodygi i liści kopru, zaprawiony imbirem, sodą i bardzo małą dawką alkoholu. Kanadyjczycy stosują toto od wielu pokoleń i muszę przyznać, że skutki ma to dosyć pozytywne. O dziwo małej smakuje, choć zapach koperku ma ów specyfik porażający. Jak ktoś jest zainteresowany to można dostać w każdej kanadyjskiej aptece bez recepty, ale w niektórych trzeba prosić aptekarza.

Gripe water to jedno odkrycie, drugie to wszelakie sprzęty do utrzymywania pupy malucha w czystości, przez co przechodzą chyba wszyscy rodzice. (Przy tej okazji przypomina mi się opowieść o znajomej znajomego, która swoją latorośl wychowywała bez pieluch… brrrr). Jeszcze trochę i zostaniemy specjalistami od pieluch, podmywajek i innych akcesoriów. Mieliśmy kilka wpadek, bo się okazało, że niektóre podmywajki (jak to się po polsku nazywa pojęcia nie mam, chodzi mi o wipes) są podrażniające a pieluchy za małe. Zwykle noworodki zaczynają od rozmiaru N, z wycięciem na pępek, ale nasza mała miała takich tylko jedną paczkę. Zaraz potem przeszliśmy na 1 a teraz jesteśmy przy numerze drugim, bo się nie mieściła… Ale dosyć o pieluchach:)


Nowa istota na naszej małej ulicy wzbudziła dużo zainteresowania i życzliwości sąsiadów. Dostaliśmy gratulacje, kartki, podarki dla małej i zaproszenie na lunch do sąsiadów z przeciwka. Jednym słowem, jeszcze więcej integracji. Wszyscy ludzie wokół nas, nie tylko rodzina, ale również przyjaciele, znajomi, współpracownicy i sąsiedzi bardzo miło się do całej sprawy odnoszą i są dosyć zainteresowani małą i nową sytuacją. Przy tej okazji chciałbym jeszcze raz podziękować BARDZO w imieniu całej naszej trójki za wszystkie miłe gesty! Specjalne podziękowania dla Anety i Roberta z Syracuse, Izy z kompanią z Nowego Jorku oraz Gosi i DJ Moose’a z Prerii!!!!

Przy okazji integracji sąsiedzkiej dowiedzieliśmy się, że sąsiedzi są Hindusami z Guyany w Ameryce Południowej. Pisałem już o naszej sąsiadce Szkotce. Poza tym na naszej ulicy mieszka pani z Jamajki z dziećmi, Ukrainiec, Azjaci i tak dalej.

Zima w Toronto na dobre jeszcze nie zagościła. Do tej pory właściwie tylko dwa dni było bardzo zimno, poza tym jest miło i przyjemnie. Mamy wózek, którym można łatwo jeździć w błocie i śniegu, więc mamy się zamiar zacząć wybierać z małą na wycieczki za miasto, bo już nas nosi. Ostatni raz byliśmy dzień przed porodem i już nas dosyć nosi. Już zamówiliśmy u szwagra lekcje jazdy na łyżwach dla małej w przyszłym roku, w tym jeszcze za wcześnie.

W czasie Świąt o dziwo udało nam się nadrobić trochę zaległości filmowych, poczytać i porobić różne rzeczy na luzie. Jedynie na pisanie coś nie miałem nastroju i idzie mi topornie.

C.d.n….



Merry Christmas!!!




Niestety mam mało czasu ostatnio, więc blog kuleje, ale ojcowanie ważniejsze. Mała rośnie i rośnie, ma już ponad siedem kilo… Do końca roku mam wolne, więc mam nadzieję, że uda mi się popełnić jakiś wpis. Teraz jednak padam powoli na twarz. Mała płacze, M. stara się ją uspokoić, ja gotuję moczkę, czyli tradycyjny śląski kompot z suszonych owoców, orzechów i bakalii. Jutro będę robił makówki, również śląski deser świąteczny. To pierwsze święta w nowym składzie, na Wigilię idziemy do mojej siostry i szwagra, dla nich to pierwsze święta w nowym domu.

Póki co kilka kolęd. Miłego słuchania i udanych świąt wszystkim!!!






Dwadzieścia lat temu…




W czwartek mija dwiadzieścia lat od śmierci jednego z najciekawszych muzyków w historii rocka. Tak tak, dwadzieścia lat temu zmarł Freddie Mercury. To kawał czasu… Chodziłem wtedy do liceum w Rybniku i miałem w nieistniejącej już księgarni przy Rynku zaprzyjaźnioną księgarkę. Miała na imię bodajże Justyna, już dokładnie nie pamiętam, bo niedługo potem wyjechała i więcej jej nie spotkałem. Owego pamiętnego dnia przyszedłem do księgarni a ona cała zalana łzami. Pytam co się stało, a ona na to, że Freddie umarł.

W tamtych latach w Polsce wszystkie prawie towary z zachodu były dla mnie i mojej rodziny w cenach zaporowych. Należały do nich również płyty CD i oryginalne kasety. Zresztą nawet gdybym chciał uzbierać na jakiś jeden kompakt Queenu, to nie miałbym go na czym odtworzyć, bo mój pierwszy magnetofon z CD miałem dopiero dobrych kilka lat później. Pozostawały pirackie i przegrane kasety. Był nawet przy Rynku w domu handlowym taki pan, u którego zostawiało się pustą kasetę z zamówieniem a on za stosowną opłatą przegrywał:) Niestety Queenu nie miałem i pozostawały mi “teledyski” w TV albo jakieś kawałki w radiu. Albo pożyczone od R. kasety. R. był i o ile mi wiadomo jest wielkim fanem Queenu, więc znał się na rzeczy. Odbiegam jednak jak zwykle od tematu…

Wieczorem oglądaliśmy z rodzicami i siostrą wiadomości, gdzie pokazywali dosyć sporo na ten temat. Proszę pamiętać, że to był rok 1991, czyli czasy kiedy w Polsce nie mówiło się głośno o różnych sprawach. A tu nie dość, że umiera genialny artysta, to do tego okazuje się, że zmarł na HIV/Aids, a do tego był biseksualny. O czym wtedy jeszcze nie wiedziałem, bo nie było internetu, to to, że Freddie miał o wiele więcej tajemnic. Urodził się jako Farrokh Bulsara w Zanzibarze i wychowywał tam i w Indiach na przemian. Pomimo tego nie miał indyjskiego akcentu i mało kto wiedział o jego pochodzeniu.

Pomimo, że Freddie nie przeszedł ponoć żadnego formalnego treningu wokalnego miał głos o niespotykanym zakresie skali wokalnej, przez co był w stanie zaśpiewać absolutnie wszystko. Freddie był nie tylko wspaniałym śpiewakiem ale również świetnym kompozytorem i urodzonym showmanem, który na scenie czuł się jak ryba w wodzie. Poza tym był jednym z pierwszych artystów którzy nie kryli swojej orientacji seksualnej, co teraz może nie jest taką wielką sprawą, ale w latach osiedmdziesiątych było jak najbardziej. No i do tego Freddie na zawsze wszedł do historii muzyki, dzięki swoim niezapomnianym piosenkom.
Jakiś czas temu usłyszałem w radiu Q107, że zanim Freddie zaczął śpiewać z Queen ogłosił jednemu ze swoich kolegów swoje zamiary. Powiedział, że nie ma zamiaru zostać gwiazdą rocka jak inni. Ma zamiar zostać legendą… Udało mu się, ale szkoda, że już go nie ma. Za to mamy jego piosenki, a show must go on…
Pod spodem moje ulubione.
Na początek jeden z najlepszych kawałków w historii rocka w ogóle, czyli Bohemian Rhapsody. Proszę to spróbować zaśpiewać…



Dalej…



Przemyślenia młodego ojca


Kiedy się urodziłem moi rodzice byli mniej więcej w połowie drogi do trzydziestki. W tamtych czasach w Polsce była to o ile mi wiadomo norma, moi rodzice byli nawet chyba odrobinę starsi niż “średnia krajowa”. Moją siostrę rodzice mieli tuż przed trzydziestką, więc też nie tak wcześnie jak na “owe czasy”. Ja sam właśnie zostałem młodym ojcem a mam ponad dziesięć lat więcej niż mój tato, kiedy sam został ojcem po raz pierwszy. Nie czuję się staro, wręcz przeciwnie. Ludzie wokół nas dopiero zaczynają zakładać rodziny, kupować domy i stabilizować się.

Tymczasem w “owych czasach” w Polsce ludzie jakoś szybciej się starzeli. Rozmawialiśmy na ten temat nie tak dawno z naszymi siostrami. Przypomniało mi się, że w latach siedemdziesiątych niezwykle popularny był w Polsce “Czterdziestolatek”, czyli jeden z polskich seriali komediowych, powszechnie lubiany również dzisiaj. Tytułowy bohater ma lat czterdzieści i przechodzi kryzys wieku średniego. Rozmawiając sobie na temat starzenia się w Polsce wówczas i teraz, jak również zastanawiając się nad różnicami w podejściu do wieku w Kanadzie i Polsce współczesnej zauważyliśmy, że tytułowy pan inżynier Karwowski wygląda na człowieka dosyć leciwego. Sprawdziliśmy biogram aktora i okazało się, że grając w serialu miał właśnie tyle lat co tytułowy bohater. I co? I w głowie nam się nie mieści, że mężczyzna w wieku lat 40 może tak wyglądać. Zniszczona cera, zapadłe policzki, zmęczenie… Wiem wiem, życie było wtedy niełatwe, wszyscy palili i tak dalej.

Przenosimy się z powrotem do naszych czasów. Przecież my wszyscy jesteśmy prawie czterdziestolatkami. Ja sam skończę 40 za trzy lata, częśc rodziny przyjaciół już jakiś czas temu odbiła czwartą kreskę albo właśnie się przymierza… Żadne z nas nie wygląda jednak tak zaawansowanie wiekiem jak bohaterowie serialu. Tak, mamy łatwiejsze pod wieloma względami życie, ale to chyba nie tłumaczy całości. Może wynika to z tego, że po prostu ludzie w niektórych częściach Europy o wiele szybciej się kiedyś starzeli, a często nadal się starzeją. Ludzie nie dbają o formę, bo i po co, skoro po czterdziestce to już “z górki”? Ba, po 50 ludzie idą na emeryturę… Nie da się zacząć w Polsce czy Niemczech nowej kariery albo zacząć życia od zera jak w Stanach albo Kanadzie, gdzie widok studenta po siedemdziesiątce nikogo nie dziwi… Mam wrażenie i dużą nadzieję, że zjawisko szybszego starzenia się powoli zmienia. W końcu na emeryturę przechodzi nowe pokolenie mężczyzn i kobiet, którzy są o wiele aktywniejsci niż poprzednicy.

Wydaje mi się, że osobnym problemem są polscy panowie, ktorzy osiągając 40 lat dochodzą do wniosku, że osiągnęli już w życiu wszystko i teraz już nie muszą się o nic starać ani tym bardziej dbać o siebie. U pań również zjawisko się spotyka, ale chyba rzadziej. A co Wy myślicie? Czy też zauważacie różnice pomiędzy “wtedy” i “teraz” oraz Polską i USA albo Kanadą?

Na zakończenie dla przypomniena rzeczony Czterdziestolatek i piosenka tytułowa…



Emigracja, integracja, imiona


Odkąd zamieszkaliśmy w Toronto staramy się oboje z M. jak najlepiej zintegrować z kanadyjskimi realiami. Teoretycznie, w odróżnieniu od amerykańskiego zjawiska melting pot, w którym wszyscy imigranci zlewają się w Amerykanów, w Kanadzie mamy oficjalny multikulturalizm, gdzie każdy ma zachować swoją tożsamość kulturową. Tyle teorii, w praktyce oba modele są dosyć podobne i zakładają, że imigranci staną się z czasem, a już na pewno w drugim i trzecim pokoleniu, podobni kulturowo do większości mieszkańców. Osobiście uważam, że to dobrze, bo aby móc w pełni funkcjonować jako obywatel danego kraju trzeba się po prostu zintegrować i zostawić bagaż starego kraju za sobą. Tak jest o wiele łatwiej dla wszystkich, choć niestety są tacy, wśród nich również Polacy, którzy całymi latami są myślami o wiele częściej w starym kraju niż w nowym, ale to temat na inny wpis.

Jedną z dosyć istotnych spraw z punktu widzenia integracji są imiona dzieci. Oczywiście można dziecku nadać imię jakie się chce, ale trzeba się liczyć z konsekwencjami. Dobre stare polskie imiona może brzmią ładnie z polskim nazwiskiem, ale najczęściej są nie do przejścia dla anglofonów, przez co od razu narażają dziecko na potencjalne problemy. Nazwisko to inna sprawa, w końcu nie używa się go tak często – w Kanadzie większość ludzi mówi sobie na ty w codziennych relacjach.

Kiedy zastanawialiśmy się z M. nad imieniem dla naszej małej chcieliśmy znaleźć coś, co brzmi w miarę dobrze zarówno po angielsku jak i po polsku. W końcu mała będzie Kanadyjką, choć w domu rozmawiać z nią będziemy tylko po polsku, bo nie ma moim zdaniem większego daru jaki mogą dać rodzice dziecku niż dwujęzyczność. Kiedy czasem widuję dzieci, które nie mają wspólnego języka z dziadkami robi mi się smutno, bo to wielka strata dla dziadków i dla dziecka. Wracam jednak do imion – chcieliśmy znaleźć imię, które będzie w miare łatwe, zakończone na samogłoskę (żeby ułatwić życie polskiej części rodziny) i neutralne dla Kanadyjczyków. Neutralne w tym sensie, że z jednej strony nie będzie dziwolągiem a z drugiej nie jest “nadużywane”. Sporo imion, które brzmią ładnie w jednym języku nie podobało nam się w drugim. Na przykład Sara/Sarah brzmi bardzo ładnie po angielsku, za to po polsku tworzy fatalne zdrobnienia (Sarcia, Sarka, Sarunia – brrrr…) A że zdrabniane będzie, zwłaszcza przez moją mamę, wiedzieliśmy od samego początku. Zrobiliśmy po wielu godzinach debat we dwoje, w tajemnicy przed resztą rodziny i znajomych listę imion, które nam się podobają i które są “usankcjonowanymi” imionami w obu językach. Niestety wiele z nich jest mocno nadużywanych, jak na przykład Anna albo Emily. Najpopularniejsze imiona nadawane dziewczynkom w Ontario w zeszłym roku to Olivia, Emma, Ava, Emily, Isabella. Na dalszych miejscach są inne klasyczne imiona, jak Sara(h) właśnie. Mieliśmy trudny orzech do zgryzenia, bo imion, które są podobne w obu językach nie jest wcale tak dużo, a sporo imion, które podobają nam się w angielskiej wersji po polsku albo nie istnieją, albo mają fatalną odmianę i zdrobnienia. No i tak stanęło na Matyldzie. Teraz musimy tylko wywalczyć, żeby polska część rodziny przypadkiem nie zdrabniała tego imiania jako Mati, bo mnie diabli wezmą. Dobre śląskie zdrobnienia tego klasycznego na Śląsku imienia to Tila i Tilka. Obie wersje mi się podobają.

W Ontario dziecko rejestruje się przez internet, jak wiele innych spraw. Wypełnia się formularz i za jednym razem można załatwić długi i krótki akt urodzenia, zarejestrować narodziny, wyrobić SIN (Social Insurance Number) i dać znać Revenue Canada (tutejszy fiskus), że ma się dziecko. Całość zabiera dwadzieścia minut, nie trzeba posyłać żadnych dokumentów a do tego rodzice mogą sobie w czasie rejestracji sami wybrać imiona i preferowane nazwisko dla dziecka. Może być to nazwisko matki, ojca, albo dwuczłonowe. Potem klika się dalej, płaci za oba akty urodzenia i voila, gotowe. Zrobiliśmy to w niedzielę a w piątek do drzwi zapukał kurier z gotowymi aktami, na podstawie których możemy wyrobić dla małej kanadyjski paszport. Szybko, sprawnie i bez pieczątek:)

Akt urodzenia to tutaj bardzo ważny papier. Do niedawna na jego podstawie można sobie było jeździć do Stanów i z powrotem, bo potwierdza kanadyjskie obywatelstwo. Każde dziecko urodzone na terenie Kanady (poza dziećmi dyplomatów) automatycznie dostaje obywatelstwo, podobnie jak ma to miejsce w innych krajach stosujących prawo ziemi (USA, Wielka Brytania, Australia itp.) Ponieważ dziecko, którego rodzice mają polskie obywatelstwo samo jest polskim obywatelem i przy wjeździe na teren Polski powinno mieć polski paszport, trzeba będzie małą zarejestrować również w polskich urzędach. Mam niejakie wrażenie, że wcale nie będzie to takie proste… Póki co nam się nie spieszy.

Powoli się wczuwamy w nowe role, narazie oboje trochę wyglądamy jak zombie, bo czasoprzestrzeń nam się zaburzyła. Pan Pies na początku był bardzo zazdrosny, ale po dwóch dniach i moich usilnych zabiegach socjo-psychicznych zamienił się w najwierniejszego cerbera małej. Mam nadzieję, że nie będzie nadopiekuńczy i nie zacznie gryźć gości:)

Za oknami mamy piękne babie lato. Dzisiaj było 13 stopni, piękne słońce i kolory takie, że aż żal, że nie możemy póki co się wybrać do lasu. Ale już niedługo… Chcemy zacząć jeździć z małą za miasto jak najszybciej. Aneta, szykuj się:)

Piszę sobie to wszystko korzystająć z chwili kiedy M. drzemie, Matylda śpi obok na tapczanie w koszyku, zwanym tutaj bassinet, nie wiem jaka jest polska nazwa. Mruczy pod nosem i co jakiś czas coś tam świergoce. Po lewej, na swojej poduszcze obok tapczanu Pan Pies słodko chrapie. Mam więc koncert na dwa głosy.

Trochę chaotyczny i porwany ten mój dzisiejszy wpis. Moja mózgownica nie do końca klarownie działa od kilku dni, ale jest coraz lepiej.

Na koniec kilka piosenek z Matildą w tle. Samo imię jest germańskie i w staroniemieckim oznaczało “tę, która jest silna na polu walki”:
maht (Macht, Kraft) + hiltja (Kampf)
To z kolei przekształciło się w Mathilde, Matilde i tak dalej. Germańska geneza dosyć mi się podoba, w końcu urodziłem się na Śląśku:) W polskim imię jest bardzo dobrze udokumentowane historycznie. Jedna z córek Chrobrego miała tak właśnie na imię. To tyle ciekawostek lingwistyczno-historycznych, czas na piosenki. (Kliknij dalej)



A potem było nas troje…


Niniejszym oznajmiam, że zakład w najbliższym czasie będzie otwarty w bardzo nieregularnych porach. Powtarzam, zakład otwarty będzie w porach bardzo nieregularnych. A to dlatego, że w noc Halloween rozrosła nam się rodzina o jedną małą istotkę…



Najpierw było nas dwoje, potem, po latach dokoptował do nas nasz wspaniały aczkolwiek mocno odjechany Pan Pies. A teraz po dziewięciu miesiącach ciężkiej pracy (o czym co niektórzy już wiedzieli) M. urodziła nam małą istotkę z czarnymi włosami i nadzwyczaj ciekawą mimiką. Mała istotka wcale nie jest taka mała, bo ważyła ponad 10 funtów/4,6 kg. Kiedy znajdę trochę czasu i sił chcę popełnić kilka wpisów na temat rodzenia i opieki przed i poporodowej w Kanadzie, choć może M. sama będzie chciała się podzielić swoimi wrażeniami na temat. Póki co powiem tylko, że jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni. A teraz proszę pozwolić, że oklapnę całkiem… Oczywiście mam też zamiar rozpocząć serię wpisów “z pamiętnika młodego ojca” :)
Na koniec oczywiście informacje ‘konkretne’: istotka jest dziewczynką i ma na imię Matilda, co po angielsku wymawia się prawie tak samo jak polski odpowiednik:)

W ten sposób zaczyna się zupełnie nowy rozdział w naszym życiu i w naszej kanadyjskiej rzeczywistości. Matilda jest pierwszą, poza psem, rodowitą Kanadyjką.

PS W drodze wyjątku postanowiłem dodać jedno zdjęcie małej tutaj. Więcej nie będzie, bo nie lubię wstawiać prywatnych zdjęć na bloga, zainteresowani których znam mogą sobie pooglądać zdjęcia przez Facebook albo Picasę.



Jesienne retrospekcje, tym razem krakowskie


Wszystkie przyjazne muzy chyba odleciały wraz z ptactwem na dalekie południe… Może to dlatego, że moje myśli skupione są na kilku sprawach o których w tej chwili nie chcę pisać. Co mi pozostaje? Retrospekcje.



Czytam sobie w przerwach na kawę świetną książke Magdaleny Samozwaniec “Z pamiętnika niemłodej już mężatki”, o której (książce, nie mężatce) pisała jakiś czasu u siebie M. To jedna z tych książek, które czyta się szybko i przyjemnie, a lektura przenosi czytelnika myślami do Krakowa, miejsca, o którym na codzień nie myślę zbyt często. Samozwaniec pisząc również przenosi się myślami do Krakowa, którego już nie ma. Maluje słowami barwne postacie z młodości, przede wszystkim swoją niezwykłą artystyczną rodzinę z ojcem i siostrą na czele, ale również Kraków z początków wieku i między wojnami. Zdumiało mnie jak trzeźwo i niezależnie potrafi Samozwaniec spłatać literackiego figla krakowskiemu mieszczaństwu, które obie panny Kossakówny musiały niesłychanie gorszyć swoim zachowaniem. Wiem ze skromnego własnego doświadczenia, że obserwacje autorki są niestety bardzo aktualne również w dzisiejszych czasach, i że krakowska konserwa jeszcze się nie przeterminowała. Z jednej strony to urok miasta, bo zawsze można liczyć na to, że wśród krakowskiej inteligencji króluje konserwatyzm religijno-społeczny, z drugiej przekleństwo, bo miasto z takimi tradycjami kulturalnymi potrzebuje o wiele więcej postaci pokroju Samozwaniec, Boya Żeleńskiego czy Maleńczuka, ludzi, którzy potrafią od czasu do czasu włożyć kij w mrowisko i solidnie zamieszać i skruszyć skorupę. Oddam jednak głos samej autorce:

[...] niektórzy starzy krakowianie pamiętają jeszcze ów ciemnogród. Wszystko w nim było ciemne i ponure, jedynie uroczyste pogrzeby, sunące przez kakowski Rynek, nadawały mu trochę życia. [...] Kraków żył więc tylko uroczystymi pogrzebami, no i… karnawałem, na który z majątków ziemskich zjeżdżały do miasta matki z córkami. Podczas smętnego adwentu miasto pobożnie zamierało. Przez kocie łby Rynku, między którymi lśniło jak rozpuszczona czekolada czarne błoto, przebiegały ciemno ubrane dewotki i dostojne hrabiny – wszystkie sunęły do kościoła Marii Panny, często w grubej żałobie po zmarłych mężach, którą zazwyczaj nosiły do końca życia. W najgorszym tonie było, gdy młodej wdowie zachciało się ponownie wyjść za mąż! Krakowskie matrony bardzo krzywym okiem patrzyły wówczas na taką “odstępczynię” od przyjętych obyczajów. Nie mówiąc już o rozwódkach, które równały się prawie określeniu “kokotka” i nie miały prawa przebywać w dobrym towarzystwie. [...] W karnawale panny na tak zwanym wydaniu prowadziło się na targ-bal, gdzie matki pokazywały nas, a my – oczywiście w granicach możliwości – pokazywałyśmy, co mamy do zaoferowania. Panie w wieku słusznym siedziały wkoło sali i wyrażały swoje opinie o nas. Strasznie się ich bałyśmy, pamiętam dwie stare matrony obwieszone biżuterią – panny Koźmian, to one w imieniu innych pań na głos opiniowały czy panienka jest comme il faut czy nie. Jak była panienka nie comme il faut, to bardzo trudno było jej później wyjść za mąż! Zapytacie, jaka panna była comme il faut? A więc taka, która rano po balu szła do kościoła a nie układała się do snu. Bal najczęściej kończył się o szóstej rano. Ponadto “babozwierze kanapowe” bacznie obserwowały, czy panienka chodzi regularnie do spowiedzi, w szczególności w okresie przedwielkanocnym. Podsłuchiwały co ma do powiedzenia księdzu. A później zdrowaśkami wyliczały, jak długo klęczy, odmawiając zadaną pokutę. Niełatwo było być comme il faut… (str. 93,100)

Patrzyłem sobie na mapę Krakowa w internecie, żeby zlokalizować Kossakówkę. Często koło niej przechodziłem, bo lubiłem się włóczyć Zwierzyniecką po drodze do pracy. Pracowałem mianowicie u dwóch rodzin, które pod wieloma względami można by uznać za wyjęte z kartek książki Samozwaniec. Jedna to szacowna pani Sędzina z synem, mieszkający w ładnej kamienicy na krakowskim Zwierzyńcu a druga, to zamieszkała nieopodal szacowna rodzina lekarska z dwójką latorośli. Moim zadaniem było wprowadzanie pani Sędziny, jej potomka oraz dwójki dzieci lekarzy w skomplikowany świat angielskiego. Prowadzilem lekcje przez kilka lat, co bardzo pomagało moim skromnym studenckim finansom.

Obie rodziny były dla mnie dosyć ciekawym zjawiskiem. Mąż sędziny mieszkał za granicą i raz do roku spotykał się z rodziną, zwykle zapraszając ich do siebie. Sędzina miała również młodszą córkę, która na codzień mieszkała z dziadkami pod Krakowem. Sędzina widywała się z nią w weekendy a po kilku latach sprowadziła do Krakowa i miałem ją też uczyć angielskiego, ale własnie się zaczęliśmy pakować do wyjazdu z Krakowa, więc do lekcji nie doszło. Sędzina była bardzo sympatyczną osobą i zawsze częstowała mnie pysznymi wypiekami domowej roboty a jej syn całkiem dobrze sobie radził z meandrami angielskiego. Sędzina również nieźle sobie radziła, co mnie dosyć cieszyło. Po mniej więcej dwóch albo trzech latach edukacji sędzina i jej mąż, którego osobiście widziałem tylko raz, postanowili sobie sprawic kolejną pociechę. Oczywiście później ojciec znów mieszkał za granicą a reszta rodziny w Krakowie. Zastanawiało mnie zawsze jak można w ten sposób funkcjonować, ale jak widać można. Kontakt nam się urwał, więc nie wiem czy małżeństwo długotystansowe przetrwało próbę czasu. Popadłem w dygresję, a miałem napisać dlaczego rodzina sędziny była jak ludzie z kartek książki Samozwaniec. Otóż rodzina była niezwykle konserwatywna, właściwie na granicy dewocji. W domu panował wielki nacisk na tradycję i patriotyzm w dziewiętnastowiecznym wydaniu. Nie ukrywam, że nie za bardzo wiedziałem jak to ugryźć, bo jak chyba wiadomo wszystkim, którzy zaglądają tutaj co jakiś czas, taki światopogląd jest mi zupełnie obcy. Nie przeszkadza mi takie podejście do sprawy, o ile druga strona zauważa i akceptuje to, że są ludzie żyjący inaczej. Niestety w rodzinie sędziny zakładano, że wszyscy są tacy jak oni a “odmieńców” traktowano z brakiem zrozumienia, co pasuje jak ulał do “typowej” mieszczańskiej rodziny krakowskiej.

Udawało mi się jakoś nie wchodzić na grząskie tereny, choć zdarzały się sytuacje “dziwne”, jak na przykład oferta nie do odrzucenia, kiedy to miał przyjechać do Krakowa papież. Sędzina była z tych, dla których polski papież był postacią najawążniejszą. Dokonała prezentacji fotografii z wizyty u papieża w Watykanie, opowiadała o biskupie Wojtyle i swoich latach studenckich, kupowała książki (które mi później pokazywała), pytając czy też sobie już nabyłem kopię. Oczywiście nie odpuszczała sobie również papieskich wizyt. Proszę sobie więc wyobrazić absurd sytuacji kiedy pewnego razu sędzina z namaszczeniem powiedziała mi, że ma więcej wejściówek na mszę na krakowskich Błoniach i bardzo by jej było miło, gdybym też mógł się pojawić, już nie pamiętam sam czy z M. Nie lubię kłamać i zmyślać, ale wtedy nie widziałem innego wyjścia niż powiedzieć, że bardzo żałuję, ale niestety nie będzie mnie wtedy w Krakowie, czy coś podobnego. Taka odpowiedź została zaakceptowana, co nie znaczy, że została dobrze przyjęta, bo jak wiadomo dla takiego wydarzenia jak papieska wizyta należało przekładać wszystkie plany, zwłaszcza, że miejscówki były na świetne miejsca, dzięki temu, że sędzina udzielała się bardzo w miejscowych kościelnych kręgach… Ufff… Zdała mi później relację rzecz jasna…

Nie wiem dlaczego ta historia przypomniała mi sie własnie teraz, może dlatego, że nie tak dawno straciłem nadzieję, że w Polsce może się w temacie kościelnym cokolwiek zmienić, tymczasem były wybory i się okazało, że znalazł się ktoś, kto postanowił włożyć kij w mrowisko i solidnie zakręcić, jak kiedyś ludzie pokroju Boya, Samozwaniec czy Gombrowicza. Cieszy mnie to bardzo, bo uważam, że to wszystkim w Polsce wyjdzie na dobre włączając kościół, a poza tym może w końcu zacznie się mówić tych setkach tysięcy ludzi (myślę, że jest ich więcej, ale oczywiście jakakolwiek liczba jest czystą spekulacją), którzy nie utożsamiają się z polskim kościołem i mają dosyć dyktatu “zwierzy kanapowych”. Zobaczymy jak się sprawa rozwinie, ale wydaje mi się, że polskie życie publiczne jest do tego stopnia nasycone kościołem, że teraz można co najwyżej ów mdły eliksir rozcienczać. Jeśli nawet Szostkiewicz w Polityce, było nie było publicysta katolicki, pisze o tym co się dzieje z zadowoleniem, to znaczy, że w Polsce następuje istne tąpnięcie i zmiana pokoleniowa, czego niestety starsi politycy i spora część księży nie dostrzega. Ale to temat na inny wpis, wracam do Krakowa i Samozwaniec.

Lektura wprowadziła mnie w nastrój wspomnieniowy. Zobaczyłem mapę i znaną mi kiedyś doskonale (w granicach rozsądku) siatkę krakowskich ulic. Niestety, muszę przyznać, że bardzo mało tych ulic pamiętam. Oczywiście pamiętam ulice od Rynku, ulice przy których mieliśmy zajęcia na studiach i miejsca gdzie mieszkałem, najpierw sam (Pachońskiego) a potem z M. (Kalwaryjska i Rozdroże). Oczywiście pamiętam też Śliską, gdzie w Bursie Jagiellońskiej mieszkali E&G, wyjątkowo ponure i paskudne miejsce trzeba przyznać. Na tym właściwie koniec, teraz nie wiedziałbym jak z Kazimierza dojechać na Kleparz, choć piechotą bym trafił. Problem w tym, że ostatni raz w krakowie byłem pięc lat temu, więc na pewno pozmieniało się tyle, że jeszcze bardziej bym się zgubił. Nie mam pojęcia kiedy się tam w końcu wybiorę, ale póki co zapowiada się, że nie wcześniej niż za dwa-trzy lata…

Miałem w Krakowie miejsca, na które reagowałem wręcz alergicznie. Miałem też miejsca ulubione. Do tych, pierwszych należały krakowskie toalety publiczne, zwłaszcza te pod Sukiennicami. Panie, które w męskich toaletach zwykle nie bywają pewnie sprawy nie znają, więc naświetlam. Skonstruowane były owe toalety (w krakowskim narzeczu “szalety miejskie”) tak, że schodami schodziło się pod ziemie. Potem była “bramka”, czyli przeszklona budka babci klozetowej a zaraz na wprost niej pisuary. Babcia sobie siedziała, kasowała grosze (20 gr? nie pamiętam, wiem, że było bardzo tanio, we Wrocławiu na dworcu chcieli w tym samym czasie “tylko 2 złote”), słuchała radia, wydawała po skrawku papieru toaletowego tym, którzy się ośmielili poprosić, cały czas bacznie obrzucając wzrokiem oddających mocz panów. Przede wszystkim dlatego, żeby przypadkiem któremuś klientowi nie przyszło do głowy przejście z klasy drugiej (pisuar) do pierwszej (klozet) bez uiszczenia wyższej opłaty. Żeby się bardziej zabepieczyć w drzwiach do klozetów nie było klamek od zewnątrz, więc babcia klozetowa co jakiś czas wchodziła bezceremonialnie między panów i prowadziła delikwenta pierwszej klasy do wyznaczonego klozetu, otwierając mu triumfalnie drzwi klamką. Między pisuarami nie było przegródek, więc miejsce było znane również z tego, że pojawiali się w nim panowie polujacy na innych panów aby “wespół w zespół żądz moc móc zmóc”. Panowie taksowali wzrokiem przyrodzenia panów, którzy przypadli im do gustu. Co się działo potem nie wiem, bo w panach nie gustuję, ale z opowiadań mojego dobrego kiedyś przyjaciela, który zna się na temacie wnioskuję, że to doskonałe miejsce na pierwszą fazę randki w ciemno.

Oczywiście o “takich sprawach” się za moich krakowskich czasów głośno w mieszczańskim Krakowie nie dyskutowało, udając, że tematu nie ma. Zabawne to, biorąc pod uwagę, że coś 10% albo i więcej szacownego mieszczaństwa temat zna z autopsji, wliczając wielu szanowanych krakowskich artystów… Wracając na chwilę do jesiennych wyborów muszę przyznać, że ucieszyła mnie bardzo wiadomość, że do polskiego parlamentu weszli przedstawiciele mniejszości seksualnych. To znaczy owi przedstawiciele byli tam już dawniej i są nadal, tylko się wypierali i starali się być bardziej papiescy niż papież, ci nowi natomiast wyszli z szafy co jeszcze bardziej pokazuje, że Polska się zmienia. Kiedy jeszcze ze słownika przeciętnego Polaka zniknie pogardliwe i wyjątkowo paskudne słowo “pedał” uznam, że Polska staje się powoli normalnym krajem. Ciesze się tym wszystkim nie dla siebie, bo w końcu mieszkam w kraju w którym są małżeństwa homoseksualne i państwo nie zagląda obywatelom do łóżka (niestety prześladowanie gejów nadal się zdarza, co media i większość społeczeństwa piętnuje), ale dlatego, że zdaję sobię sprawę jak ciężko się czasem funkcjonuje komuś kto miał pecha urodzić się w katolickim sercu Europy.

Wracam do Samozwaniec. Bardzo mnie ujęło w jaki sposób z uczuciem pisze o swojej rodzinie i jak udało jej się zachować optymizm pomimo tragicznego losu jaki spotkał jej najbliższych. Pisze z afektem o swojej starszej siostrze Marii, ojcu i mamie, nazywanej przez nią pieszczotliwie Mamidłem albo Momo. Przez dom Kossaków przewijały się tłumy krakowskiego artystycznego światka a Magdalena, będąc doskonałym obserwatorem potrafiła bardzo ciekawie opisać znajomych i przyjaciół rodziny. Przytacza też wiele zabawnych i ciekawych anegdot z życia największych sław polskiego malarstwa. O ,takie na przykład:

O ile Pan Rotmistrz [Wojciech Kossak] przepadał za Jackiem Malczewskim, cenił Teodora Axentowicza, podziwiał Leona Wyczółkowskiego i Henryka Siemiradzkiego, to za największego polskiego malarza uważał Józefa Chełmońskiego, chociaż często powtarzał, że:
-Józio za bardzo lubi alkohol, za ma mało czystą wodę… Wyraźnie nie lubił Jana Styki [z którym współtworzył Panoramę Racławicką]. Drażnił go przede wszystkim swoją bigoterią i tym, że przed rozpoczęciem malowania Racławic przez pół dnia leżał krzyżem w Krakowie przed ołtarzem Panny Marii, o czym opowiadał później wszem i wobec, każdemu, kogo napotkał na swojej drodze.
Nie wiemy, bo byłyśmy za małe, co poróżniło ze sobą naszego ojca i Juliana Fałata. Nawet miało dojść pomiędzy nimi do pojedynku, tylko, że Fałat, stanąwszy już z przeciwnikiem na udeptanej ziemi, odrzucił pistolet, ku wielkiemu rozczarowaniu sekundantów, i przeciwnicy podali sobie dłonie na zgodę. Jednak cichymi wrogami pozostali do końca życia. [str. 76-77]

Jednym z moich ulubionych krakowskich miejsc od samego początku były Planty i resztki murów. Można tam godzinami włóczyć się bez celu albo znaleźć spokojną ławkę i zaszyć się w lekturze. Z tego samego powodu planty są popularnym miejscem dla zakochanych. Kiedy poznałem M. dosyć sporo czasu tam spędziliśmy. Oczywiście Planty zmieniają się z porami roku, co czyni je jeszcze ciekawszym, choć dla mnie najładniej wyglądają jesienią, kiedy kolorowe liście na starych drzewach kontrastujące z jeszcze starszymi murami i kamienicami tworzą niezapomnianą kompozycję barw, zapachów i dźwięków.


Poza Plantami uwielbiałem krakowskie kawiarnie. Byłem w wielu miastach, ale nigdzie, poza ormiańską kawiarnią we Lwowie, kawiarnie nie miały takiej atmosfery. A do tego ich niezliczona ilość… Bardzo lubiłem się zaszywać w którejś z nich sam albo z M. i patrzeć na ludzi. Bo Kraków to miasto, w którym doskonale da się obserwować ludzi, co zawsze chętnie robię niezależnie od miejsca. Ludzie przechodzący ulicami, zamiawiający kawę, prowadzący pogawędki, jedni się śmieją, inni płaczą, a wszystko to w ciągłym ruchu. Od tej strony krakowskie Stare Miasto też nie ma sobie równych. Pamiętam umalowanych błaznów na Rynku, wróżkę na schodach do ratuszowej wieży, o której jedni mówili, że była kiedyś prostytutką, inni, że to kochanka Skrzyneckiego, a jeszcze inni, że ani jedno ani drugie nie jest prawdą, choć nikt nie wie skąd się wróżka pojawiła. Stare góralki pod dworcem sprzedawały oscypki, wmawiając naiwnym, że te krowie są tak naprawdę z owczego mleka. Po kawiarniach i pubach wieczorami krążył jegomośc w garniturze z kwiatami, namawiając zakochanych do kupienia róży dla pani. Na Rynku i przy Floriańskiej dwie konkurujące z sobą muzyczne grupy cygańskie mieszały się ze snującymi się przez miasto turystami, zakonnikami w habitach i ubraną w śmieszne stroje, straszliwie nadętą i poważną Strażą Miejską. Pamiętam też, że miałem ulubionych sprzedawców obwarzanków. Miałem w tej kwestii dwa kryteria – obwarzanki musiały być chrupiące a sprzedawca w miarę czysty (czystość niektórych krakowian to temat na zupełnie inny wpis) i miły. A to dlatego, że na przykład pod Bagatelą były dwa stoiska. W jednym obwarzanki były pysznie chrupiące a pani miła i czysta, w drugim obwarzanki nieco tańsze, za to gąbczaste a sprzedawca wyglądał jak syn kominiarza. Nie muszę dodawać, że często się zdarzało, że w pierwszym stoisku obwarzanki się kończyły i co bardziej zdesperowani studenci, albo nieświadomi sprawy turyści, kupowali od drugiego sprzedawcy, na czym świetnie wychodziły miejscowe gołębie, bo gąbczasty obwarzanek nie za bardzo nadawał się do jedzenia.

Na koniec jeszcze jeden fragment książki Samozwaniec, świetnie się nadający na deszczowy i wietrzny jesienny dzień.

À propos kotów… Przypomniała mi się przezabawna historyjka. Otóż, było to już po wojnie, z moją ukochaną Kucharcią na Kossakówce hodowałyśmy kotkę syjamkę. Pewnego razu kotka dostała rui. Dbając o jej samopoczucie i zdrowie psychiczne, sprowadziłam jej rasowego kawalera. Koty się obwąchały – syjamczyk wypił kotce mleko i nic… Zła, pobiegłam zadzwonić do przyjaciółki, żeby sobie zabrała tego leniwca. Pobiegłam do “Noworolskiego”, tam za niewielką opłatą był ogólnodostępny telefon. Aparat stał na bufecie, mięszy stolikami, zrozpaczona, że ten syjamczyk tak się nie udał, podbiegłam do nieszczęsnego telefonu, a krakowskie dewotki siedzące naokoło przy stolikach już nadstawiły uszy.
-Coś ty mi za samca przysłała?! -wykrzyczałam przyjaciółce do słuchawki. -Najadł się, wyspał i nic!
Na moją zgubę zapomniałam głośno dodać, że mowa o kocie…
Na drugi dzień cały Kraków huczał, że Samozwaniec znalazła sobie dużo młodszego chłopa, ale za to beznadziejnego w alkowie… [str. 30-31]

Do następnego razu:)
A na zakończenie kilka pasujących mi do tego wpisu kawałków Maleńczuka, który dalej mnie zaskakuje. Nie znam żadnego innego polskiego artysty, który jest w stanie ogarnąć taki rozrzut gatunków…

Jazz-swing…


Religijna muzyka dawna (piękny kawałek i świetna interpretacja)…


Kraftwerk i disco lat 80…


A na koniec słynny kawałek o Krakowie, który dosyć bulwersuje mieszkańców:)